„Zwiedzać to nie znaczy zawsze to samo,
inaczej jest z Dorą…”. Tak, tym razem podczas zwiedzania towarzyszyła
nam trzecia osoba, ale taka cztero-łapna, wabiąca się Dora. I w sumie
powiedzieliśmy sobie pierwszy i ostatni raz nam towarzyszy, bo wyciąganie jej z wielkiej dziury nie należało do przyjemnych rzeczy.
Wolnego popołudnia, choć akurat takich nie ma za wiele, nie można
wykorzystać w innym celu, jak zwiedzanie i odkrywanie opuszczonych i
zapomnianych miejsc. Tym razem wybór padł na opuszczoną jednostkę
wojskową znajdująca się pomiędzy Międzyzdrojami a Świnoujściem. Jak
wskazują źródła internetowe, był to Dywizjon wojsk rakietowych, który
dumnie bronił naszego nabrzeża przez zapędami imperialistycznymi
zgniłego zachodu. Tak dumnie bronił, że po upadku komuny zbyt długo nie
utrzymał się na powierzchni i pogrążył się w degrengoladzie zniszczenia,
dopełnionej przez okolicznych złomiarzy.
Pierwsza przeszkodą którą
mieliśmy do pokonania do dostanie się na teren jednostki. Problemem było
pozostawienie samochodu przy ruchliwej drodze, ale podwórko pewnego
opuszczonego i zrujnowanego domu znajdującego się przy tej tranzytowej
ulicy było w miarę bezpiecznym miejscem. Potem szybki sprint przez tory
kolejowe biegnące do Świnoujścia i byliśmy na niknącej w otchłani czasu
ścieżce w stronę jednostki. Po kilku minutach marszu ukazała się nam
brama jednostki, która bardzo łatwo jest pokonać i udaliśmy się na
zwiedzanie zabudowań, które z oddali widać było wśród drzew.
I tu
nastąpiło pierwsze rozczarowanie. Budynki koszar okazały się zamknięte.
Wszystkie. Nadzieją był odgłos włączonego telewizora w jednym z nich,
który to wskazywał na przebywającym w nim stróża. Założyliśmy, że Ola
się ładnie uśmiechnie, a Pan Stróż z pękiem kluczy oprowadzi nas po
opuszczonych zakamarkach koszar. Niestety nawet szyszki rzucane w okna
skąd dochodził odgłos telewizora nie wywabiły tego sympatycznego pewnie
pana. Zmęczony zapewne spał po ciężkim pilnowaniu obiektu…
Postanowiliśmy pokręcić się po obiekcie. Razem z nami kręciła się
wspomniana wcześniej Dorka – czarny cockier-spaniel, którego zabraliśmy
na wycieczkę po zapomnianym. Czarnulka tyle szczęścia miała w oczach,
gdy mogła pobiegać spuszczona ze smyczy. Mniej szczęścia miałem ja, bo
co chwile musiałem ją przywoływać, oddalała się niebezpiecznie daleko a
my nie znaliśmy dokładnie terenu.
Do niektórych budynków udało się
nam jednak wejść. Duże wrażenie zrobiły garaże lub coś co je
przypominało. Najbardziej zastanawiające były zrobione sprejem rosyjskie
napisy i pozostałości po medykamentach. Czyżby zielone ludziki już się
zadomawiały w Polsce? Nasza szczególna uwagę przykuła…. toaleta
znajdująca się na małym wzniesieniu. Być może jacyś bezdomni ją
urządzili albo okoliczne dzieciaki, lecz z zderzeniu z tymi dziwnymi
napisami na ścianach i całkiem świeżymi dowodami że ktoś może tutaj
potajemnie nocować, napawało nas to lekkim niepokojem.
Stojąc przy
jednym z budynków i próbując wejść do środka rozglądałem się gdzie jest
nasza czworonożna koleżanka. Zawołałem ją i po chwili wyleciała z
odległych krzaków pędząc w nasza stronę. Odwróciłem głowę i po chwili
usłyszałem pisk. Bidulka, okazało się, że wpadła w betonową dziurę
znajdująca się przy budynku. Na szczęście nie było zbyt głęboko i udało
się ją bez uszczerbku na zdrowiu wyciągnąć, ale dla nas, a szczególnie
dla mnie jako właściciela psiaka, była to nauczka, że takie miejsca nie
są zbyt bezpieczne dla zwierząt.
Po około dwóch godzinach
zakończyliśmy zwiedzanie. Gdy wracaliśmy do samochodu dostałem telefon.
Nieznany numer i nieznany głos zapytał mnie czy jestem właścicielem
samochodu zaparkowanego przy zrujnowanym budynku przy trasie.
Przypomniałem sobie, że wychodząc z niego pozostawiłem za szybą kartkę z
numerem telefonu, gdyby jednak się okazało że mój samochód komuś
przeszkadza. Nieznajomym głosem okazał się Pan Leśnik, z tutejszego
nadleśnictwa, zaniepokojony pozostawionym w takim miejscu pustym
samochodem. Zainteresowany tym co robimy opowiedział nam o ciekawych
miejscach w okolicy i zaproponował pomoc, gdybyśmy chcieli jeszcze cos
pozwiedzać. Oczywiście numer Pana Leśnika mamy w telefonie i pewnie nie
omieszkamy skorzystać w przyszłości.
Patrząc na niszczejące budynki
krew mnie zalewa, że takie miejsca ulegają dewastacji. Idealne miejsce
na szkołę z internatem, ośrodek kolonijny, czy po prostu Dom Spokojnej
Starości. Cisza, morze, plaża nieopodal…. Tylko kogo to obchodzi?

















































































